For Your Pleasure

For Your Pleasure

Sunday, February 26, 2017

Nottingham

"Zabłądziłem po północy na raucie w Chicago
Miałem serce w przełyku, lecz nic mi się nie stało" - Kazik, '12 Groszy'


Slowa tej piosenki przypomnialy mi sie, kiedy maszerowalam dziarsko z owianej zla slawa dzielnicy Sneinton do centrum Nottingham, z plecaczkiem na ramionach i aparatem beztrosko wywalonym na, pardon, piersi. Ze spojrzen miejscowych wiedzialam, ze oni wiedza, zem nietutejsza, a moj ostentacyjny turystyczny ekwipunek tylko to potwierdzal. Na wszelki wypadek zrezygnowalam z uwieczniania landmarkow Sneinton i zaczelam pstrykac dopiero jak bylam juz prawie w centrum a i tak czulam sie nieswojo. Witajcie w Midlands, gdzie chyba nikt nie slyszal, ze UK jest worlds fifth economy a i widzac takie obrazki jak ponizej, ciezko by bylo w to uwierzyc komus z poza tej planety:








Na szczescie poza ruderami rodem ze Slaska i upiornymi przedmiesciami jest w Nottingham zatrzesienie naprawde przepieknych okazow architektonicznych. Ja, chronicznie niecierpiaca czerwonej cegly, zakochalam sie w starych willach za zamkiem i elegancko zdobionych kamieniacach...





Nottingham prosperuje dzieki dwom uniwersytetom. Chmara studentow mieszka tam, stoluje sie, bawi sie i robi zakupy, co ksztaltuje wizerunek miasta. Jest tak troche quirky, hippie, poza typowymi sieciowkami odnajdziemy osobliwosci, salony tatuazy, grafitti, sklepy z rupieciami, mnostwo kafejek i klubow.  Jest kultura, Arena na imprezy i koncerty, mozna grac w hokeja i generalnie zawsze cos sie dzieje. Centrum jest spore ale i kompaktowe zarazem, wszedzie mozna zadreptac pieszo, ale gdyby sie nie chcialo, jezdzi mnostwo autobusow a takze ciche, nowoczesne tramwaje - jednym z nich przyjechalam z pobliskiego Beeston. Cenowo Nottingham jest przychylne studenckiej a takze turystycznej kieszeni, nawet taksowki sa tanie, tylko pamietajmy o gotowce, bo kart platniczych nie uznaja :) Jak ktos jest spragniony stolicy, Londyn jest oddalony tylko o ok 3 godziny jazdy.

Lokalni sprawili na mnie wrazenie nieco oschlych i ponurych, ale po prawie szesciu latach mieszkania w Surrey nabralam tutejszych nawykow i wykrzywiam sie do kazdego w usmiechu  zapominajac, ze ta sztuczna uprzejmosc nie w calym UK obowiazuje. Mam wrazenie, ze midlandersi trzymaja dystans do obcych, ale jak juz nas poznaja blizej, to jest OK ;) Historycznie rzecz biorac, to zawsze mieli ciezkie zycie  i pewnie nie w glowie im jakies fiu bzdziu, a ze Midlands to chyba najbardziej zaniedbana czesc UK, to i trudno sie dziwic, ze z mieszkancow nie bucha radosc.
Robin Hood - spodziewalam sie feerii pamiatek, jak w Stratford upon Avon, albo w sklepach w Irlandii, tymczasem poza punktem informacji turystycznej, gdzie wisi pare T-shirtow i jeszcze jednym przybytkiem, do ktorego nie weszlam, nie ma tam nic...Na miescie jest wprawdzie RH trail, z tablicami opisujacymi dzieje bohatera i jego Merry Men, ale jak na taka legende, to sie nie popisali. Szkoda, ze Robin nie jest Irlandczykiem, oni zrobiliby to marketingowo duzo lepiej! Na pocieszenie mamy brzydka statuje pod zamkiem, gdzie mozna sobie strzelic selfie, oraz bude sprzedajaca pieczone ziemniaki:





Wybieralam sie do slynnego lasu Sherwood, ale ze mialo padac to stwierdzilam, ze zaczekam do wiosny, jak sie przyroda zazieleni a dni wydluza. Dojazd oczywiscie jest prosty, bierzemy autubus z centrum i w godzinke jestesmy na miejscu. Pod tym wzgledem Nottingham jest super, wszak nie kazdy przyjezdny chce sie klopotac wynajmem samochodu. Jak mamy dodatkowy dzien czy dwa, warto wsiasc w pociag niebylejaki i udac sie do slynnego niegdys uzdrowiska Matlock Bath - to taki tutejszy Zegiestow. Niestety miasteczko czasy swietnosci ma za soba, jest ospale i tkwi w marazmie, poza kilkunastoma restauracjami  fish &chips i jakimis przedpotopowymi fliperami nie oferuje nic, tylko piekne polozenie i widoki, a to troche za malo, zeby skusic wspolczesnego turyste ponizej 80 roku zycia. Przeszlam sie parkiem nad rzeka, wdrapalam stromymi schodkami aby podziwiac panorame z wysokiego zbocza, a potem wrocilam trasa Lovers Walk ku stacji i udalam sie do kolejki linowej Abraham Heights. Bardzo fajna atrakcja, u gory jest ladna kawiarenka, dwie jaskinie, ktore zwiedzamy w cenie wjazdu, wystawa fotografii z Peak District, wieza widokowa, sklepik z mineralami i plac zabaw dla dzieciarni. Widoki z gory super, w lecie musi byc jeszcze lepiej - te rejony przypominaja mi troche moj rodzinny Beskid Sadecki, a troche Jure Krakowsko - Czestochowska...


http://www.thepriesthouse.co.uk/assets/images/inspirations/heights-of-abraham-gallery-3.JPG



Chce koniecznie poeksplorowac Derbyshire Dales, zatem mozliwe, ze powroce do Nottingham albo Derby jeszcze w tym roku. Jak spiewa Wodecki, lubie wracac, tam gdzie bylam :)


Wednesday, February 15, 2017

Mysli emigracyjne, nieuczesane

Dawno juz nie czytalam blogow emigracyjnych. Na Londynki i inne takie nie zagladam, czasem klikne w link z Fejsa po to tylko, zeby sie rozczarowac, bo rzeczowych informacji i analiz na lekarstwo. Ostatnio jakos trafilam na wpis powiazany z blogiem, ktory niegdys sledzilam (doznalam lekkiego szoku dowiedziawszy sie, ze zwiazek popularnych blogerow runal byl w przepasc, a meska polowa tegoz zwiazku opuscila UK i uchyla sie od alimentow...samo zycie ale i tak dlugo zbieralam szczeke z podlogi) i zaczelam wchodzic w rozne odnosniki...lawina runela, czytalam do drugiej nad ranem i zapisywalam w Wordzie co smaczniejsze kaski z blogowej rzeczywistosci w brexitolandzie.

W kolejnosci przypadkowej, zrodla sa zalinkowane:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,147125,19768352,emigracja-wsrod-szklanych-scian.html



‘Nagle cała blacha ciasta, które właśnie upiekłaś, jest tylko dla ciebie. Nie masz z kim się podzielić. Tęsknota rośnie wprost proporcjonalnie do wielkości twojej pupy’

Nie pieke, od czasu niefortunnego incydentu, kiedy to Pyrex z szarlotka wyciagany z piekarnika rozbil sie na tysiac kawalkow niczym zwierciadlo w basni Andersena. Gdybym jednak miala na podoredziu ciasto, zanioslabym je do pracy, gdzie zostaloby w przeciagu godziny pozarte z okruchami  przez naszych lakomych angielskich pracownikow. Tym samym ja bym nie miala depresji, ze nie mam z kim ciasta jesc, a ciasto nie mialo by traumy, ze jest niechciane na brytyjskiej ziemi. 



‘Głośno było niedawno o emerytce, która po latach życia w Danii wróciła do Polski i otrzymywała duńską emeryturę na konto. Tuż po powrocie zgłosił się do niej fiskus żądając, by zapłaciła podatek za pięć lat wstecz. Gdy okazało się, że zapłaciła go już w Danii i to w kwocie wyższej, niż ta, której domagano się w Polsce, urząd zamiast tego zażądał od niej "podatku Belki" od oszczędności zgromadzonych w duńskim banku, i to również za pięć lat wstecz.’

Wniosek: jesli wracac do Polski, to anonimowo i pod oslona nocy, a najlepiej nie wracac wcale.





'Nie będziesz jednym z nich, nigdy nie będą uważali cię za swojego, jesteś obcym człowiekiem na ich ziemi.'

Ziema - planeta wraz z kontynentami i morzami tak naprawde nie jest niczyja wlasnoscia, wiec czyjes mniemanie, ze tu nie naleze, znaczy dla mnie tyle, co zeszloroczny snieg. Nie domagam sie rowniez uznawania za 'swoja', neutralnosc mi wystarcza gdyz i w Polsce raczej nie mialam poczucia bycia czescia stada. Powiem wiecej: lubie swoj status aliena, podoba mi sie odkrywanie czegos nowego kazdego dnia. Przeprowadzka do UK nie zmienila mojej tozsamosci, ale ja poszerzyla o to, co plynie z zycia w innym kraju. Uwazam to za bardzo cenne.
 
'Codzienność i takie same dni sprawiają że człowiek po dłuższym czasie zaczyna wariować.'

Hmm..czyzby w Polsce codziennosc byla mniej szara i nie trzeba bylo pracowac w swiatek, piatek i niedziele, aby wyjsc na swoje, oplacic rachunki, kredyty, chleb powszedni oraz zachcianki, jak na takie starczy ? 

'Nic mnie w tej Anglii nie interesuje'.

Wspolczuje, wspolczuje i jeszcze raz wspolczuje.

'Pamiętajcie, co mi ostatnio przypomniano: życie jest krótkie, za krótkie, żeby marnować je dla pieniędzy.'

Dlatego od 2004 roku siedzicie w UK, a w Polsce pobalujecie pare lat za oszczednosci a potem z powrotem na saksy. Jak to jest, ze niemal wszyscy wyjechali z przyczyn ekonomicznych, ale jak juz sie nachapali funtow, to nagle oswiadczaja, ze pianiadze sa niewazne ? 

'Stygmy imigranta raczej nigdy sie nie pozbedziesz, Twoje dzieci rowniez.'

Przyjrzalam sie sobie uwaznie w lustrze, ale zadnej stygmy nie widze, u kolegow Francuzow w pracy rowniez. Czy przeprowadzka do innego kraju to jakies przestepstwo ? Mamy sie wstydzic, ze sie urodzilismy gdzie indziej ? W tych czasach mozna przyjsc na swiat w jednym panstwie, wychowac sie i wyedukowac w innym, pracowac jeszcze gdzie indziej a na emeryture wybrac znow inne miejsce...Pojecie imigrant sie zdewaluowalo. 



'Sądzę też że stała emigracja jest dobra, ale dla ludzi silnych psychicznie, odpornych na stresy, tych jest mniejszość niestety. Dlatego emigracja dla większości to tęsknota, rozterki, smutek, zgorzknienie, łzy w samotności. Potem człowiek idealizuje Polskę i koniecznie chce tu wrócić, jakby zapomniał już o przyczynach swojego wyjazdu.'

Z tym idealizowaniem, to prawda, jak z papieskimi kremowkami, ktore po latach rozczarowuja i wygladem i smakiem. Fakty sa takie: Polska, z ktorej wielu wyjechalo ponad dekade temu, to juz nie ta Polska, do ktorej byc moze tak tesknia. Pomijam ustroj polityczny, bo to sie zdaje nie zmieniac, ale nawet nasze osobiste uwarunkowania; sama mam wiecej krewnych na cmentarzach, niz w realu, znajomi z osiedla pouciekali za granice, sasiedzi poumierali i nikogo nie znam, miasto tak sie zmienia, ze nie wiem, jak z lotniska do domu dojechac bo za kazdym razem jest inaczej.  Jakbym dzis miala tam wrocic, byloby to nieporownywalnie trudniejsze niz wyjazd do UK lata temu. 


'Finansowo jest bardzo dobrze-tylko ze dla mnie to jest juz malo…Coz, zycie to nie tylko praca i pieniadze'

Warszawiacy z warszawskiego 'Mordoru' do spoly z pracownikami Biedronki na pewno sie z tym zgodza.

'Komfort rozmowy we wasnym jezyku w miejscu pracy… Juz czuje powera :)) . Ci ktorzy nigdy nie pracowali za granica nie zdaja sobie nawet sprawy jaki to jest koszt psychiczny i energetyczny.'

Od 15 roku zycia wkladalam czas i wysilek w nauke angielskiego, a nie bylo wtedy nic, smartfonow, Rosetta Stone, lektorow na You Tube...Uwzielam sie, zeby sie tego jezyka nauczyc, bralam korepetycje, zdalam CAE a teraz to procentuje i nic mnie tak nie cieszy, jak lapanie abstrakcyjnych zartow w pracy czy docinanie kolegom, bo to jest wlasnie test na znajomosc jezyka: potyczki slowne, ironia itd. Do tego jestem przeciez dwujezyczna, wiec win - win!

'Odczucie bycia obywatelem drugiej kategorii jest caly czas mimo poznania jezyka, kultury, mentalnosci itp…'

Cos mi mowi, ze tworca tej wypowiedzi nie jest nawet obywatelem...

'Myślę że anglicy są bardzo tolerancyjni i nigdy nie spotkałam się z bezpośrednim rasizmem natomiast w pracy mam okazję dyskutować z ludźmi którzy są dobrze wykształceni i często wyczuwam ze w tych rozmowach jestem tylko Polka. Polką z akcentem. Nie mogę się doczekać aż dołączę do polskiego zespołu i będę mogła normalnie dyskutować z kolegami z pracy.'

Jestem Polka, wszystkim sie do tego przyznaje, tym bardziej ze jestem z Krakowa i kazdy niemal entuzjastycznie  reaguje na to wyznanie. Tak, jestes Polakiem, get on with it! Jesli sami nie pozbedziemy sie irracjonalnych kompleksow z racji pochodzenia, bedziemy traktowani jak pol ludzie. Niestety. W miedzyczasie zalecam dyskutowanie, o ile sie da, z Anglikami po angielsku. Normalnie.

'Uk jest super krajem do mieszkania, i mozna naprawde sie tutaj ulozyc ,zadomowic i zyc sobie na fajnym poziomie . Jednak jednej rzeczy sie nie przeskoczy AKCENT- to zawsze bedzie zdradzac obcokrajowca. Ostatnio zapytalam meza , czy jes cos co go tutaj meczy . Tak jest pytania skad jestem . I to prawda , takich pytan padlo setki w naszym zyciu . I jest to denerwujace.'

Wczoraj otworzylam w pracy odrzwia kurierowi. Zapytal o moje imie, uslyszal je, zapytal i o nazwisko, pobladl. Wlasnorecznie wklikalam swoje dane do maszyny, zeby biedakowi ulatwic zywot. Zapytal mnie skad jestem, odpowiedzialam ze z Polski. Usmiechnal sie i wyseplenil JAKSZEMASZ. Pomyslcie, jak przesrane maja Anglicy uczacy sie polskiego, przeciez oni nigdy, przenigdy nie przeskocza AKCENTU. To musi byc dopiero denerwujace!

Powyzsze mysli zebrane pochodza z portalu:






 



 



Thursday, January 26, 2017

***

Zadalam sobie takie pytanie ostatnio: czym jest dla mnie jakosc zycia ? Czym jest dobra jakosc zycia, a czym kiepska i dlaczego ?

Zaznaczam, dla mnie. Zapewne sa jakies wspolne mianowniki, moja znajoma mawiala, ze 'wszyscy chca tego samego', na mysli majac etat, dwojke dzieci i male mieszkanko i jakies tam wakacje raz do roku. W sumie ciezko z tym polemizowac, bo zrodlo dochodu i dach nad glowa to podstawa, potem mozna sie brac za dzieci, czy adoptowac koty, co tam kto lubi ;) Sila rzeczy osoby dzieciate beda zwracac uwage na dobre szkoly w okolicy, studenci na mozliwosci edukacji i tak dalej. Kazdemu wedle potrzeb.

WHO podaje ze Jakość życia to „spostrzeganie przez jednostkę jej pozycji w życiu w kontekście kultury i systemów wartości w jakich żyje oraz w relacji do jej celów, oczekiwań, standardów i zainteresowań”. Jest to zatem bardzo subiektywna ocena tego, jak sie nam wiedzie w odniesieniu do naszych wyobrazen o dobrym zyciu oraz roznorakich naszych ambicji.

Jest mi stosunkowo latwo wskazac co uwazam za wyznaczniki jakosci zycia, a zwlaszcza niskiej jakosci.

Praca

Pracowanie w miejscu bardzo oddalonym od domu. Spedzanie zycia w korkach, codzienne dojazdy do Londynu zatloczonym i spozniajacym sie notorycznie pociagiem, a potem jeszcze koszmarniej zatloczonym metrem. Rzesza ludzi traci tak kazdego dnia 3 - 4 godziny, czasem dluzej, jesli pociagi nie jezdza albo metro strajkuje. Kosztuje ich ta 'przyjemnosc' kilka tysiecy funtow rocznie.




Spedzanie polowy doby w pracy. Nierzadko ci dojezdzajacy do Londynu pracuja od 8 rano do 6 wieczor. Czy czlowiek jest w stanie dzialac wydajnie dluzej niz 7 godzin dziennie, byc kreatywnym i skrupulatnym ? Nie wydaje mi sie to mozliwe. Dokladajac czas spedzany na dojazdy, daje to 13 - 14 godzin poza domem. Wieczorem jest tylko czas, zeby sie umyc, cos tam dziubnac, pogapic sie otepialym wzrokiem na telewizje, na rozmowe z drugim czlowiekiem juz sil nie starcza. Do spania i na drugi dzien to samo, tydzien po tygodniu, miesiac po miesiacu, do smierci albo poki firma wskutek nadmiernie kreatywnej ksiegowosci nie wyzionie ducha...

Byl czas, ze chcialam pracowac w Londynie, jednak poznalam realia tego miasta i zupelnie mi sie odechcialo. Co prowadzi mnie do kolejnego punktu programu...

Mieszkanie

Najlepiej na swoim, wiadomo, ale i dzielenie domu z innymi nie musi byc zaraz koszmarem. Problemem w UK jest przeludnienie i wciskanie do wiktorianskiego domu z trzema sypialniami siedmiu lokatorow, bo landlord living room i przedpokoj tez przerobil na sypialnie. Bylam w takim domku gdzies w czwartej czy piatej strefie londynskiej i nie moglam uwierzyc, ze ktos z wlasnej woli egzystuje w takich warunkach, korzysta z jednej kuchni, lazienki, pralki z tlumem innych osob. Moze mlodym to nie wadzi, ja jednak jakbym teraz miala tak zyc, to bym wolala nie zyc wcale.

W Polsce dla odmiany rozbraja mnie metraz, nawet nowo budowane mieszkania maja srednio po 40 metrow - dla singla z kotem OK, ale single z kotami stanowia jednak mniejszosc w naszej milujacej tradycje Ojczyznie ;) Wyglada na to, ze kolejne pokolenia beda sie gniesc w ciasnocie - dobra zmiana ?

Sygnal telefonii komorkowej i Internet

Podstawa piramidy Maslowa, wiadomo. W mojej okolicy domy chodza po pol miliona i wiecej, ale zasieg mamy marny, a tu i owdzie nie ma go wcale. Nie moge sie nadziwic, ze na szczycie Snowdon w Walii mialam zasieg wysmienity, a tu nie ;) Nie ma sie co smiac, nie wyobrazam sobie mieszkania na stale gdzies, gdzie nie ma szybkiego Internetu i takiegoz sygnalu komorki. Bez przesady.

Dostep do kultury i rozrywki

Jak juz mamy ten szybki Internet, to polowa sukcesu - Netflix, Spotify, Kindle, wszelkie uslugi streamingowe na wyciagniecie reki. Czasami czlowiek jednak chce zaznac sztuki na zywo i wtedy dobrze miec jakas osade z kinem, teatrem, sala koncertowa na podoredziu, czyli nie dalej, niz o godzine jazdy. Oczywiscie nie kazdemu kultura i rozrywka na poziomie jest potrzebna - blogoslawieni, co zyja jedzeniem, spaniem i wydalaniem ;)

Dostep do przyrody

Rownie istotny, co dostep do sztuki, zwlaszcza, kiedy sie mieszka w zatloczonym, glosnym, brudnym miescie. Nie ma to jak wsiasc do samochodu, aby po 45 min byc w gorach czy nad morzem. Co poniektore miasta rowniez oferuja oazy zieleni, jak chocby londynskie Kew Gardens, ktore odwiedzam corocznie latem, a z checia odwiedzalabym o wiele czesciej. Jak smutne musi byc zycie, jesli sie nie ma w poblizu rzeczki, lasu, zeby polazic i odetchnac wzglednie swiezym powietrzem. Tu uwaga osobista: kocham krakowskie Laki Nowohuckie, swietne miejsce na spacer z psem, lub bez psa, do tego uzytek ekologiczny...jakby jeszcze w ramach czystki etnicznej wytrzebili pijacych na lawkach dresiarzy, byloby idealnie.

 Dostep do lotnisk

Mam szczescie, moge latac z Gatwick, Stansted, Heathrow, raz lecialam z Southend, za to ani razu z London City Airport. Mieszkajac na polnocy UK, latalam z Liverpool, Manchester a raz nawet z Newcastle. Nie wyobrazam sobie spedzania polowy dnia w drodze na lotnisko - nigdy nie zamieszkam w Kornwalii ;)

Czas dla siebie - me time - hobby

Jak juz mamy blisko do pracy, nie musimy jechac 100 mil do najblizszego supermarketu czy kina, o lotnisku nie wspominajac, to mamy w miare sporo czasu dla siebie i naszych pasji. Ubolewam nad losem tych, ktorzy maja tego czasu bardzo malo i naprawde nie chcialabym sie z nimi zamienic. Wspolczuje rowniez tym, co nie maja na co dzien ciszy i spokoju, a co za tym idzie, sa wiecznie niewyspani i zmeczeni. Kiepska jakosc zycia i tyle.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nigdzie nie wspomnialam o pieniadzach, choc zdawaloby sie, ze od nich wszystko zalezy i warto sie dla nich pomeczyc, czyli zrezygnowac z czesci powyzszych 'przywilejow'. Albo tak sobie zycie zorganizowac, zeby miec wszystko, czyli dobre zarobki, ciekawa prace i standard bytu nie uwlaczajacy ludzkiej godnosci i nie poniewierajacy psychiki. Mission Impossible ?

Ciekawostka: w calym UK najlepiej, wg badan, zyje sie...w Szkocji.

http://www.independent.co.uk/news/uk/home-news/scotland-quality-of-life-table-rankings-best-in-uk-a7355016.html