Dzis niejako uzupelnienie watku z poprzedniego posta...Spedzilam wczoraj nader przyjemne popoludnie z towarzyszem niedoli pracowej. Nazwijmy go S. Chlopak do wziecia: dobrze po 50-tce, czworka dzieci w wieku 16-23, jedno juz wyrzucone z gniazda rodzinnego, reszta paleta sie miedzy domami rodzicow, jako ze ci rozwiedli sie 13 lat temu. Malzonka dostala 60% majatku, wielki dom zostal sprzedany, no bo z czegos ex-wife trzeba bylo splacic. Nawiasem mowiac uwazam, ze jak ktos wniosl w posagu piec szmat na krzyz i dwa garnki, to powienien z tymi szmatami i garnkami stadlo opuscic, ale wszyscy wiemy, jak pod tym wzgledem jest. S. zamieszkal sobie w mniejszym domku, raptem trzy sypialnie. Kieruje sprzedaza u nas na polnocna Europe, smiga beemka i odkrytym mercem, zyje mu sie niezgorzej i tylko kobiety mu brak. Jakbym byla sprytniejsza, to bym sie zakrecila, ale jak juz wspominalam miedzy wierszami, jestem niechetna tzw. marital prostitution i wole sobie sama zapewnic optymalny byt. Tak czy siak, spotykamy sie od czasu do czasu, zeby pogadac o zyciu. Zapytalam go ponownie, dlaczego mezczyzni w UK maja tak straszne problemy w nawiazywaniu kontaktow w kobietami w miejscach publicznych (pomijajac pijanych wyrostkow i w ogole wszelkie uzywki majace na celu likwidowanie niesmialosci). Uslyszalam w odpowiedzi: we don't want to look like twats. Okazuje sie, ze teraz na niewinne can I buy you a drink kobiety bardzo czesto reaguja wrogo, warczac pod nosem I already have a drink. Strach podejsc i zagadac, bo moze taka zdzielic pintem browca po lbie. Panowie wiec tylko lypia spod owych lbow, najwyzej wymieniaja ciche uwagi z kolegami, ale na nic wiecej nie maja smialosci. Znow odzywa sie fear of rejection, o ktorym slyszalam od innego dobrego znajomego, ktory tlumaczyl mi, ze chlopy tak sie lekaja odrzucenia, ze na trzezwo do baby ani rusz. Po pijaku odrzucenie musi widac bolec nieco mniej. Jak do tego dolozymy zachowanie niektorych babonow w pubach i klubach, czytaj opilstwo, wulgarnosc, rechotliwy smiech, staje sie nieco bardziej jasne, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Kolezanka z poprzedniej pracy wychodzi wlasnie za maz za Anglika, ktorego poznala w tejze pracy, gwoli scislosci wpadli na siebie w jakims pubie wlasnie i tam on zebral sily i odwazyl sie do niej przemowic ludzkim glosem. W pracy tej odwagi nie mial za grosz i tylko wodzil za nia wzrokiem przez pol roku. Gdyby nie szczesliwy zbieg okolicznosci, dzis nie byliby para kierujaca sie do oltarza. W glowie mi sie to nie miesci, ale tak jest!
Pomiedzy jednym pubem a drugim S. wpadl na jakiegos znajomka, po czym opowiedzial mi jego historie, bynajmniej nie urzekajaca. He lives in a doghouse, powiada mi. Znajomek razu jednego przyszedl pozno do domu na bani i zaczal dobierac sie do babysitterki. Ta powiedziala wszystko matce, matka zonie kolesia i tym sposobem facet jest ugotowany. Jak nic przerzna chalupe na pol a jemu zostanie doghouse na pocieszenie.
Inna cecha Anglikow, ktora mnie dosc mocno irytuje, to brak manier wobec kobiet (i nie tylko). Skomentowalam dzis pewnien filmik na YT, gdzie ow temat zostal poruszony. Nie oczekuje wcale, ze panowie beda sie nam, babkom, klaniac w pas, sciagac kapelusze i wstawac, kiedy wchodzimy do pomieszczenia. Przepuszczanie przodem stracilo dla mnie znaczenie jakis czas temu, bo sama sie wszedzie pcham pierwsza. Nie rozumiem natomiast, dlaczego oni nie mowia pierwsi 'dzien dobry', tylko spuszczaja lby, albo gapia sie gdzies w przestrzen udajac, ze nie widza przechodzacej obok niewiasty. Nie wszyscy sie tak zachowuja i nie wszedzie, aczkolwiek jest do dosc powszechne u mezczyzn ponizej piecdziesiatki. Pol wieku temu musialo byc inaczej, co sie zatem stalo ? Narod brytyjski, uosobienie uprzejmosci, schamial do reszty ? Zrozumialabym to w Polsce, gdzie wrog wytrzebil inteligencje i sama holota sie ostala, ale tutaj ? Dziwny jest ten swiat...
For Your Pleasure
Sunday, August 03, 2014
Tuesday, July 29, 2014
Kobieta i Mezczyzna
Taki tytul dalam, bo dzis bedzie o paniach i panach. Pamietam film francuski pod podobnym, jesli nie identycznym tytulem, gdzie to kobieta i mezczyzna jechali w milczeniu samochodem, a scena ta zdawala sie trwac wieki i wypelniac caly film.
Ad rem. Naszlo mnie pare mysli i refleksji. Kolezanka z pracy to chce ja rzucac, to chce zostac, w zaleznosci jaki ma nastroj i jak ja w danym dniu potraktowano. Argument najczesciej przewijajacy sie to 'mam blisko do domu', 'mam dobre godziny, zdolalam odebrac dziecko i ugotowac obiad'. W nowej pracy musialaby zapewne jezdzic w dlugie podroze sluzbowe, takze za granice, sporo jezdzic po UK od klienta do klienta, czasem pracowac z domu ale jednak glownie koncentrowac sie na biurze sprzedazy w Londynie. Wszystko to koliduje ze school hours i obiadkami. Nigdy jednak nie slyszalam mezczyzny, ktory martwilby sie o to, co dzisiaj poda zonie na obiad i co zrobia jego dzieci, jesli nie zdola sie wyrwac z biura na czas i odebrac ich ze szkoly, tudziez powiezc na nauki plywania, teatry, tenisy i inne balety, znow odebrac, przywiezc, nakarmic, pomoc w lekcjach, sprawdzic, czy zonie czegos nie potrzeba itd. Czasem sie slyszy o mezczyznach narzekajacych na dlugie godziny pracy spedzone z dala od bliskich, znacznie czesciej jednak facet po prostu wsiada w auto czy samolot i jedzie, gdzie ma jechac. Ba, miewam wrazenie, ze oni preferuja te rozlaki, bo maja pare dni spokoju od ciosajacych im kolki na glowie polowic i potomstwa w trudnym wieku dojrzewania czy innego buntu trzylatka.
Uslyszalam ostatnio w zartach, ze najlepszym srodkiem likwidujacym u kobiet chec do seksu jest...wedding cake. Zawsze mi sie wydawalo, ze te rzewne opowiesci mezczyzn o zonach, co juz sypiac z nimi nie chca i ich nie rozumieja to mity, ale jednak cos w tym jest. Na Zachodzie kobieta, ktora wyjdzie za maz i sie zaciazy, najlepiej pare razy, jest wlasciwie zabezpieczona do konca zycia, bo w razie czego dostanie alimenty, wyrwie swoje po rozwodzie, chocby i nic nie wniosla, chapnie zasilki dla samotnej matki itd. Nie wyladuje na ulicy. Facet sie nie ma szans wykrecic. Jak juz wiec jest obraczka na palcu i sa dzieciaki, faktycznie mozna olac sprawe. Mam wrazenie - znow, jest to zaobserwone, zaslyszane - ze tutaj sporo kobiet kompletnie sie nie stara w zwiazkach. Nie musza, bo w razie rozstania nie zostana na lodzie, wiec moga spokojnie zaniedbac siebie wizualnie, chlopa wpuscic do lozka raz na miesiac, przy pomyslnych wiatrach, a dzieci z poprzednich zwiazkow najlepiej podrzucac jak najczesciej ex-partnerom i ich nowym partnerkom. Niech je zabawiaja przez weekend, placac za wycieczki i prezenty. A co.
Bardzo dziwie sie mezczyznom tkwiacym w takich niesatysfakcjonujacych relacjach. Nic z tego nie maja, ani (dobrego) seksu, ani przyjemnego towarzystwa, zywia sie zimna pizza, daja sie traktowac jak chodzace bankomaty i po co, na co ?
Wracajac do roznorakiego podejscia do karier. Kobiety bardzo chetnie je robia, do momentu, w ktorym polacza sie wezlem malzenskim badz nieformalnie z kims, kto ma lepsza kariere, albo po prostu lepiej zarabia, bo tyra gdzies po 70 godzin tygodniowo. Nagle ambicje zawodowe rozplywaja sie jak we mgle, a pojawia sie przemozna chec bycia housewife na pelen etat. Znowuz, nie slyszalam (jeszcze) o mezczyznie, ktory zwrocilby sie do swojej polowki slowami: kochana, awansuj wreszcie, zacznij zarabiac godziwe pieniadze, bo ja juz dosc sie napracowalem w zyciu i teraz twoja kolej nas utrzymac. Ja ewentualnie bede dorabiac na waciki, poprasuje koszule z wieczora twojemu szefowi albo wezme jakas prosta prace biurowa na 3 dni w tygodniu. Pasuje ?
Jak sie rozbil ten samolot w Smolensku, pamietam, ze niektore rodziny zostaly bez srodkow do zycia, bo zginal ich glowny a wrecz jedyny zywiciel, z wylacznym dostepem do konta bankowego. Zona nagle zostala odcieta od wydzielanych przez meza kwot. Czy nie lepiej byloby nam wszystkim, gdybysmy w miare mozliwosci byli finansowo samowystarczalni ? Dlaczego ciezar i stres utrzymania domu, rodziny ma spoczywac na jednej osobie ? Co, jesli breadwinner nagle padnie na zawal, straci prace albo zwyczajnie zwieje od malzenskiego kieratu na drugi koniec swiata i szukaj wiatru w polu ?
Zdaje sobie sprawe, ze zupelnie inaczej wyglada to w przypadku par bezdzietnych, singli a rodzin z jednym czy kilkorgiem dzieci. Koszta opieki czy jakiegos babysittingu czesto wykluczaja powrot kobiety do pracy, bo nie ma to finansowego sensu - o ile oczywiscie praca jest 'wacikowa', czyli gowniana robota za gowniane pieniadze. Jednak nawet u mojej znajomej w firmie wszyscy faceci sa zonaci i dzieciaci, zas ich zony, wyksztalcone ekonomistki, prawniczki, nie pracuja, choc moglyby przeciez niezle zarabiac. Z kobiet natomiast zatrudnionych tam zadna dzieci nie posiada, bo i jak. Kto by sie nimi zajal, maz ?
Ech, ciezko sie w tym polapac. XXI wiek, rownouprawnienie niby, feminizm zrobil swoje, religie stulily pysk (oczywiscie w cywilizowanych krajach, wiec nie w Polsce), postep pedzi do przodu a mimo to pewne konwenanse i schematy nadal maja sie swietnie a ludzie tkwia w nich na wlasne chyba zyczenie.
Ad rem. Naszlo mnie pare mysli i refleksji. Kolezanka z pracy to chce ja rzucac, to chce zostac, w zaleznosci jaki ma nastroj i jak ja w danym dniu potraktowano. Argument najczesciej przewijajacy sie to 'mam blisko do domu', 'mam dobre godziny, zdolalam odebrac dziecko i ugotowac obiad'. W nowej pracy musialaby zapewne jezdzic w dlugie podroze sluzbowe, takze za granice, sporo jezdzic po UK od klienta do klienta, czasem pracowac z domu ale jednak glownie koncentrowac sie na biurze sprzedazy w Londynie. Wszystko to koliduje ze school hours i obiadkami. Nigdy jednak nie slyszalam mezczyzny, ktory martwilby sie o to, co dzisiaj poda zonie na obiad i co zrobia jego dzieci, jesli nie zdola sie wyrwac z biura na czas i odebrac ich ze szkoly, tudziez powiezc na nauki plywania, teatry, tenisy i inne balety, znow odebrac, przywiezc, nakarmic, pomoc w lekcjach, sprawdzic, czy zonie czegos nie potrzeba itd. Czasem sie slyszy o mezczyznach narzekajacych na dlugie godziny pracy spedzone z dala od bliskich, znacznie czesciej jednak facet po prostu wsiada w auto czy samolot i jedzie, gdzie ma jechac. Ba, miewam wrazenie, ze oni preferuja te rozlaki, bo maja pare dni spokoju od ciosajacych im kolki na glowie polowic i potomstwa w trudnym wieku dojrzewania czy innego buntu trzylatka.
Uslyszalam ostatnio w zartach, ze najlepszym srodkiem likwidujacym u kobiet chec do seksu jest...wedding cake. Zawsze mi sie wydawalo, ze te rzewne opowiesci mezczyzn o zonach, co juz sypiac z nimi nie chca i ich nie rozumieja to mity, ale jednak cos w tym jest. Na Zachodzie kobieta, ktora wyjdzie za maz i sie zaciazy, najlepiej pare razy, jest wlasciwie zabezpieczona do konca zycia, bo w razie czego dostanie alimenty, wyrwie swoje po rozwodzie, chocby i nic nie wniosla, chapnie zasilki dla samotnej matki itd. Nie wyladuje na ulicy. Facet sie nie ma szans wykrecic. Jak juz wiec jest obraczka na palcu i sa dzieciaki, faktycznie mozna olac sprawe. Mam wrazenie - znow, jest to zaobserwone, zaslyszane - ze tutaj sporo kobiet kompletnie sie nie stara w zwiazkach. Nie musza, bo w razie rozstania nie zostana na lodzie, wiec moga spokojnie zaniedbac siebie wizualnie, chlopa wpuscic do lozka raz na miesiac, przy pomyslnych wiatrach, a dzieci z poprzednich zwiazkow najlepiej podrzucac jak najczesciej ex-partnerom i ich nowym partnerkom. Niech je zabawiaja przez weekend, placac za wycieczki i prezenty. A co.
Bardzo dziwie sie mezczyznom tkwiacym w takich niesatysfakcjonujacych relacjach. Nic z tego nie maja, ani (dobrego) seksu, ani przyjemnego towarzystwa, zywia sie zimna pizza, daja sie traktowac jak chodzace bankomaty i po co, na co ?
Wracajac do roznorakiego podejscia do karier. Kobiety bardzo chetnie je robia, do momentu, w ktorym polacza sie wezlem malzenskim badz nieformalnie z kims, kto ma lepsza kariere, albo po prostu lepiej zarabia, bo tyra gdzies po 70 godzin tygodniowo. Nagle ambicje zawodowe rozplywaja sie jak we mgle, a pojawia sie przemozna chec bycia housewife na pelen etat. Znowuz, nie slyszalam (jeszcze) o mezczyznie, ktory zwrocilby sie do swojej polowki slowami: kochana, awansuj wreszcie, zacznij zarabiac godziwe pieniadze, bo ja juz dosc sie napracowalem w zyciu i teraz twoja kolej nas utrzymac. Ja ewentualnie bede dorabiac na waciki, poprasuje koszule z wieczora twojemu szefowi albo wezme jakas prosta prace biurowa na 3 dni w tygodniu. Pasuje ?
Jak sie rozbil ten samolot w Smolensku, pamietam, ze niektore rodziny zostaly bez srodkow do zycia, bo zginal ich glowny a wrecz jedyny zywiciel, z wylacznym dostepem do konta bankowego. Zona nagle zostala odcieta od wydzielanych przez meza kwot. Czy nie lepiej byloby nam wszystkim, gdybysmy w miare mozliwosci byli finansowo samowystarczalni ? Dlaczego ciezar i stres utrzymania domu, rodziny ma spoczywac na jednej osobie ? Co, jesli breadwinner nagle padnie na zawal, straci prace albo zwyczajnie zwieje od malzenskiego kieratu na drugi koniec swiata i szukaj wiatru w polu ?
Zdaje sobie sprawe, ze zupelnie inaczej wyglada to w przypadku par bezdzietnych, singli a rodzin z jednym czy kilkorgiem dzieci. Koszta opieki czy jakiegos babysittingu czesto wykluczaja powrot kobiety do pracy, bo nie ma to finansowego sensu - o ile oczywiscie praca jest 'wacikowa', czyli gowniana robota za gowniane pieniadze. Jednak nawet u mojej znajomej w firmie wszyscy faceci sa zonaci i dzieciaci, zas ich zony, wyksztalcone ekonomistki, prawniczki, nie pracuja, choc moglyby przeciez niezle zarabiac. Z kobiet natomiast zatrudnionych tam zadna dzieci nie posiada, bo i jak. Kto by sie nimi zajal, maz ?
Ech, ciezko sie w tym polapac. XXI wiek, rownouprawnienie niby, feminizm zrobil swoje, religie stulily pysk (oczywiscie w cywilizowanych krajach, wiec nie w Polsce), postep pedzi do przodu a mimo to pewne konwenanse i schematy nadal maja sie swietnie a ludzie tkwia w nich na wlasne chyba zyczenie.
Saturday, July 19, 2014
Szlachetne zdrowie...
Powracam do swiata blogowo zywych. Nie mialam przez moment Internetu, ponadto jakos mi sie nie chcialo pisac w tych upalach.
Po przeczytaniu dyskusji pod ostatnim postem Dublinii postanowilam ze napisze pare slow odnosnie tematu pokrewnego, czyli zdrowia. Zdrowia, dodam, rodakow naszych kochanych. Szczycimy sie, ze mamy mniej przetworzona zywnosc, jestesmy bardziej skorzy do ruchu od zachodnich leniwcow (wszak nie nalezy do rzadkosci stawianie wlasnymi recami domu, czy osobiscie popelniane remonty). Kobietki dzielnie krzataja sie po kuchni i domu, miast lezec na sofie ogladajac caly dzien Hollyoaks. Dzieci bawia sie na dworze, bo im wolno. Czy wobec tego jestesmy narodem szczegolnie zdrowym ?
Wedlug mnie, nie. Jestesmy banda takich zdechlakow, ze glowa boli. Pamietam, kiedy bylam mala i wpadali do nas sasiedzi na pogaduchy, ulubionym i niekonczacym sie tematem byly choroby. Kazdy sie licytowal, co ma lepszego: bypassy, czy tylko skromne zylaki. Sama bylam wiecznie chorym dzieckiem, ale podobne mi cherlaki wcale nie nalezaly do rzadkosci. Bylo natomiast jakby mniej alergii, choc znowuz w zaczadzonym Krakowie roilo sie od astmatykow. Polak wzglednie zdrowy byl mniej wiecej do 30-tki, pozniej juz zaczynala sie jazda bez trzymanki, niestety w kierunku cmentarza. Nawet to niby mocne pokolenie, co przezylo wojne, narzekalo na miliony dolegliwosci, wystarczy sobie przypomniec zatloczone przychodnie i szpitale (w tych drugich nie mialam okazji bywac). O ile potrafie zrozumiec, ze starzy ludzie sa schorowani, to juz przepoczwarzanie sie w chodzacego wraka ledwie po 40-tce jest dla mnie przerazajace. Oczywiscie obowiazkowy w naszym kraju alkoholizm i nikotynizm zrobil swoje, na inne nalogi na szczescie nikt za komuny nie mial pieniedzy.
Czy cos sie zmienilo ? Podczas moich wizyt w Polsce mam sposobnosc goscic w jednej z beskidzkich wsi i tam zwykle gwarze sobie z lokalsami na temat chorob, bo to nadal temat nr 1. Jedno ma wyciete pol zoladka. Drugie zrujnowany kregoslup - pozostalosc po samodzielnym stawianiu chalupy. Trzecie remautyzm, czwarte artretyzm. Zacmy, gluchota. Jakim cudem oni jeszcze zyja, pytam sie. W miescie nie lepiej, bo co sie kogo spotka, steka i kweka, a na alergie juz wszyscy cierpia, wlacznie z chomikami (autentyk). W mediach zatrzesienie reklam lekow, a na ulicach zatrzesienie aptek. Tylko chorowac !
Dlaczego tak jest, jak my narod rustykalny, jemy jak Pan Bog przykazal (w miescie gotowce i snacki, na wsiach tluste miecho, ziemniaki polane tluszczem i kawalek zdechlej jarzyny - albo i nie), nie mamy calej tej chemii, co zgnily Zachod...Czy aby na pewno ?
Jedno jest pewne: jesli zachorujemy w Polsce, dostaniemy taka baterie lekow i antybiotykow, ze mozna by tym handlowac na Allegro tygodniami, gdyby bylo to legalne. W UK zazwyczaj dostaniemy paracetamol, w ciezszych przypadkach ibuprofen. Skadinad zrobienie zapasow tychze specyfikow w supermarkecie jest niemozliwe. Panstwo opiekuncze dba, bysmy sie paracetamolem nie przezarli.
Po przeczytaniu dyskusji pod ostatnim postem Dublinii postanowilam ze napisze pare slow odnosnie tematu pokrewnego, czyli zdrowia. Zdrowia, dodam, rodakow naszych kochanych. Szczycimy sie, ze mamy mniej przetworzona zywnosc, jestesmy bardziej skorzy do ruchu od zachodnich leniwcow (wszak nie nalezy do rzadkosci stawianie wlasnymi recami domu, czy osobiscie popelniane remonty). Kobietki dzielnie krzataja sie po kuchni i domu, miast lezec na sofie ogladajac caly dzien Hollyoaks. Dzieci bawia sie na dworze, bo im wolno. Czy wobec tego jestesmy narodem szczegolnie zdrowym ?
Wedlug mnie, nie. Jestesmy banda takich zdechlakow, ze glowa boli. Pamietam, kiedy bylam mala i wpadali do nas sasiedzi na pogaduchy, ulubionym i niekonczacym sie tematem byly choroby. Kazdy sie licytowal, co ma lepszego: bypassy, czy tylko skromne zylaki. Sama bylam wiecznie chorym dzieckiem, ale podobne mi cherlaki wcale nie nalezaly do rzadkosci. Bylo natomiast jakby mniej alergii, choc znowuz w zaczadzonym Krakowie roilo sie od astmatykow. Polak wzglednie zdrowy byl mniej wiecej do 30-tki, pozniej juz zaczynala sie jazda bez trzymanki, niestety w kierunku cmentarza. Nawet to niby mocne pokolenie, co przezylo wojne, narzekalo na miliony dolegliwosci, wystarczy sobie przypomniec zatloczone przychodnie i szpitale (w tych drugich nie mialam okazji bywac). O ile potrafie zrozumiec, ze starzy ludzie sa schorowani, to juz przepoczwarzanie sie w chodzacego wraka ledwie po 40-tce jest dla mnie przerazajace. Oczywiscie obowiazkowy w naszym kraju alkoholizm i nikotynizm zrobil swoje, na inne nalogi na szczescie nikt za komuny nie mial pieniedzy.
Czy cos sie zmienilo ? Podczas moich wizyt w Polsce mam sposobnosc goscic w jednej z beskidzkich wsi i tam zwykle gwarze sobie z lokalsami na temat chorob, bo to nadal temat nr 1. Jedno ma wyciete pol zoladka. Drugie zrujnowany kregoslup - pozostalosc po samodzielnym stawianiu chalupy. Trzecie remautyzm, czwarte artretyzm. Zacmy, gluchota. Jakim cudem oni jeszcze zyja, pytam sie. W miescie nie lepiej, bo co sie kogo spotka, steka i kweka, a na alergie juz wszyscy cierpia, wlacznie z chomikami (autentyk). W mediach zatrzesienie reklam lekow, a na ulicach zatrzesienie aptek. Tylko chorowac !
Dlaczego tak jest, jak my narod rustykalny, jemy jak Pan Bog przykazal (w miescie gotowce i snacki, na wsiach tluste miecho, ziemniaki polane tluszczem i kawalek zdechlej jarzyny - albo i nie), nie mamy calej tej chemii, co zgnily Zachod...Czy aby na pewno ?
Jedno jest pewne: jesli zachorujemy w Polsce, dostaniemy taka baterie lekow i antybiotykow, ze mozna by tym handlowac na Allegro tygodniami, gdyby bylo to legalne. W UK zazwyczaj dostaniemy paracetamol, w ciezszych przypadkach ibuprofen. Skadinad zrobienie zapasow tychze specyfikow w supermarkecie jest niemozliwe. Panstwo opiekuncze dba, bysmy sie paracetamolem nie przezarli.
Subscribe to:
Posts (Atom)